"Żywy Most"
Wtorek
Spotykamy się na lotnisku. Czekamy chwilę na Krysię i udaje nam się sprawnie przejść przez kontrolę – bez kolejki. Już po odprawie widzimy, że zebrał się spory tłum ludzi, którzy oczekują w kolejce, która nas na całe szczęście ominęła. Następnie przez półtora godziny chodzimy po strefie wolnocłowej i siedzimy, czekając na wejście na samolot. W trakcie oczekiwania rozmawiamy na aktualne tematy – krzyż przed Belwederem, czy też wpychający się drzwiami i oknami homoseksualizm. W samolocie trafia mi się miejsce z dala od reszty grupy. Siedzę koło dwóch młodych ortodoksyjnych żydówek – mają może po 16 – 18 lat. Mimo moich szczerych chęci rozmowa się nie klei, pozostaje mi więc podziwianie widoków za oknem i obserwowanie jak radzą sobie stewardesy w ponad czterdziesto osobowym tłumie ‘lekko’ szalejących dziewczyn. Nawet jakoś im to wychodzi…Chociaż nie jest to szczyt marzeń, ale jest ok.
W końcu przylecieliśmy! Wita nas słońce i rozgrzane, izraelskie powietrze. Wprawdzie jest trochę chmur, ale wiadomo, że z nich deszczu i tak nie będzie. Wejście do Izraela strzegą na lotnisku jeszcze bramki, ale i te pokonujemy bez problemów, i oto jesteśmy!!! Podróż do Akko trwa około 2 godzin, ale nie czuję upływu czasu – wszystko jest inne, nowe i ciekawe. Świetnie jest znowu zobaczyć Izraelczyków! Nawet już się za nimi stęskniłam. Na drzwiach pokoi mamy wypisane nasze imiona – widać chcieli nas jakoś fajnie przywitać i umilić nasz pobyt tutaj. Pokój dzielę z Ewą i Krysią. Standard pokoi – nie jest zły, w końcu kiedyś mieszkali tu żołnierze. W ośrodku widać, ze był zbudowany w innych czasach. Mimo to da się spokojnie mieszkać, a wędrówki do łazienki, czy toalety nie zajmują zbyt dużo czasu (przynajmniej do damskiej – męskie znajdują się na drugim końcu korytarza, więc chłopaki mają dalej). Dzisiaj zaliczyliśmy od razu wyjście na miasto i spotkanie z przewodnikiem. Pooglądaliśmy Napoleona Bonaparte na koniu z flagą – oczywiście Izraelską. Jutro wstajemy bardzo wcześnie – o szóstej jemy śniadanie.

Środa
Na śniadanie wstali wszyscy bez wyjątku. Jakoś obyło się bez spóźnienia ze strony uczestników projektu, czego nie można powiedzieć o kierowcy. Z przyczyn technicznych zjawił się nieco później… Czas ten wykorzystaliśmy siedząc na słonku i zastanawiając się, czy iść się położyć, czy na niego czekać. Wracając do śniadania – mieliśmy ciepłe bułeczki z nadzieniem. A na drogę mogliśmy zrobić sobie kanapki (pita z rybą – czyli dżemem, tuńczykiem lub czekoladą). Droga do Jerozolimy zajmuje nam 2,5 godziny. Pogoda jest cudowna. Najpierw idziemy do Youth Center, a następnie możemy zobaczyć targ. Na zakupy dostajemy jedynie 15 minut, ale dzięki temu, że robię je z Yafą udaje mi się coś zobaczyć i nawet kupić. Następny punkt programu to prezentacja na temat Jerozolimy – okazuje się, że jest ona najbiedniejszym miastem Izraela i możliwość zobaczenia makiety. Dopiero potem idziemy zwiedzać miasto, wchodzimy do kościoła Świętego Grobu, a następnie idziemy pod Ścianę Płaczu. Jeśli chodzi o kościół Świętego Grobu – budowali go ludzie z trzech kościołów – katolickiego, ewangelickiego oraz prawosławnego. Jednak widok ludzi, którzy całują kamień, palą świece niestety nie podnosi na duchu. Po plecach przechodzą mi ciarki, i w miarę szybko opuszczam ten architektonicznie piękny budynek. Przed Ścianą Płaczu każda z dziewczyn dostaje spódniczkę, tak by zakryć kolana, a na ramiona zarzucam jeszcze apaszkę. Całość nawet nieźle wygląda, bo pani z obsługi daje mi spódnicę pod kolor apaszki. Po powrocie do ośrodka idziemy na kolację, która jest naprawdę pyszna. Dzień nie kończy się jednak tak szybko – do trzeciej pracuję nad prezentacją „Poland during WW2” (oczywiście z pomocą innych).

Czwartek
Dzisiaj jesteśmy cały dzień na uczelni. Mamy spotkanie i zajęcia z Alexem Vidra. Gościu jest naprawdę świetny i zna się na tym co mówi. Mówimy o stereotypach, rodzajach ludzi, różnicach między naszą kulturą, a kulturą Izraelczyków. Alex ma świetne podejście do ludzi, wie jak nas zachęcić do współpracy, do wypowiadania się, także nie ma osoby, która się nie odzywa. Uczę się nie tylko o innych, ale i o sobie. Po lunchu mamy kolejne prace – ale zanim je rozpoczynamy wychodzimy na podwórko i ćwiczymy w parach. Tworzymy pary polsko – izraelskie i oprowadzamy się po terenie uczelni. Najpierw ja mam zamknięte oczy i prowadzi mnie Rinat, następnie Rinat zamyka oczy, a ja ją prowadzę. Ciężko jest na początku iść tak za kimś, nie widząc gdzie. Ale gdy zaczynamy rozmawiać ze sobą, coraz lepiej mi się idzie – nie skupiam się już na tym, że nie widzę, a na rozmowie. Z Rinat jest jednak ciężej. Gdy zamyka oczy jest bardzo tym przejęta i wystraszona, także muszę włożyć wiele wysiłku, by zainteresować ją rozmową, tak by się rozluźniła i spokojnie szła. Odkrywam już pod koniec naszego „spaceru”, że słowa ‘zaraz kończymy’ wpływają na nią zdecydowanie rozluźniająco, mimo tego, że mamy jeszcze kawałek drogi przed sobą.
Po tym ćwiczeniu mamy pracę w grupach i zastanawiamy się co zrobić, by rozreklamować projekt Living Bridge na uczelniach, wśród naszych znajomych, oraz jak rozwijać nasze wzajemne relacje, kiedy już nie będziemy tutaj razem, a każdy z nas będzie gdzie indziej.
Następnie po krótkiej przerwie każda z grup prezentuje to co wcześniej przygotowała - Poland during WW2 i Israel Today. Po kolacji jedziemy do pubu, gdzie miło spędzamy czas. Zabawa tutaj ma trochę inny klimat i charakter niż w Polsce, na co wpływ ma też zapewne bliskość morza i ogólny charakter tego miejsca. Pub, w którym siedzimy jest na otwartym powietrzu, co pozwala normalnie oddychać, nie dusząc się dymem z papierosa kolegi. Nasi znajomi z Izraela, i oczywiście koleżanki z Francji – o których jeszcze nie pisałam starali się, by każdy z nas dobrze się bawił. Oczywiście siostry pojechały bardzo szybko do ośrodka – i poszły spać… Jak już wspomniałam w większości zajęć towarzyszyły nam też Ines i Odelia, francuski z British Council. Mimo tego, że nie były z nami w Polsce, ani też nie uczestniczyły z nami w wszystkich wydarzeniach w Izraelu, to udało nam się także nawiązać z nimi relacje, może nie aż tak bliskie jak z naszymi Izraelczykami.

Piątek
Dzisiaj sprzątamy plażę. Faktycznie, potrzeba tu takiej pracy. Jeśli ktoś założyłby tu firmę sprzątającą plaże miałby niezły interes! Plażowicze śmiecą, ale nie są głównym źródłem śmieci. Większość pochodzi z łodzi, które wyrzucają na brzeg śmieci, nie przejmując się tym, że niszczą piękny krajobraz i przyrodę.
Do pracy dostajemy koszulki i czapeczki, na których podobno pisze: Dziękuję i dzień dobry, czy coś w tym stylu. Samo przygotowanie do sprzątania jest czysto izraelskie… Dobrą chwilę stoimy i nie dzieje się nic – albo dzieje się coś, co jest dla nas niewidoczne. Potem Izraelska grupa wędruje pieszo na plażę, a my mamy wycieczkę objazdową. Dyrektor odpowiedzialny za plaże w Akko wiezie nas swoim otwartym samochodem po wybrzeżu i możemy podziwiać piękne widoki. Dopiero potem przywozi nas na kawałek plaży i wspólnie z naszymi kolegami zaczynamy pracować. Jest naprawdę gorąco, często pijemy wodę, której jest pod dostatkiem. W którymś momencie niezbyt uważnie podnoszę rozbitą butelkę… kawałek szkła rani mnie w nogę. Woda utleniona i plastry są dosyć daleko, więc do dezynfekcji wykorzystuję słoną wodę z Morza Śródziemnego.
Po pracy dostajemy schłodzonego arbuza i idziemy na plażę, gdzie spędzamy całe popołudnie – bawimy się w wodzie, opalamy, niektórzy pływają.
Wieczorem przygotowujemy się do kolacji Sabatowej. Jedzenie jest dobre, ale nie tak wyszukane i przyrządzone, jak to, które Guy przygotował w Polsce!!!
Po Sabacie wychodzimy na koncert do pubu. Jest w porządku, bawi się z nami Yafa, zaś pozostali bawią się z nami i ze swoimi znajomymi, których czasami nam przedstawiają (oczywiście siostry wracają wcześniej do domu).
Wracam z Tymkiem o północy do domu. Jesteśmy już zmęczeni, a w pubie jest bardzo duszno i gorąco. Po powrocie myję się i przebieram do piżamy. Mam zamiar iść spać, ale nie jest mi to dane. Ortodoksyjny Żyd prosi, bym mu pomogła. Nie może pracować w Sabat, a ma ustawioną klimatyzację na 16 stopni. Prosi, bym zmieniła ją na 22. Dla mnie to nie jest problem. Zachodzę w głowę, jak sześciokrotne naciśnięcie guzika może być nazywane pracą, ale widać może być.

Sobota
Sabat spędzamy na wycieczce do Tyberiady – ogólnie jedziemy na północ Izraela. Po drodze zwiedzamy także Kafarnaum, widzimy bazylikę/kościół świętego Piotra. Jakoś ta bazylika nie pasuje mi do ruin, wykopalisk jakie możemy podziwiać obok i pod spodem. Nie rozumiem, dlaczego w takim miejscu ludzie stawiają budynek kościelny, całkowicie nie pasujący charakterem do reszty… I to jeszcze nad wykopaliskami. Czy nie mogą tego zrobić w innym miejscu??
Następnie udajemy się do Tyberiady. Zajmujemy tam kawałek trawnika, i jemy lunch. Ciepły posiłek przygotowała żona Boaza – kochana kobieta. A potem wszyscy idziemy do wody – jest tak gorąco, że nikt nawet nie myśli o opalaniu się. Po wyjściu z wody spędzamy jeszcze czas siedząc na leżakach i rozmawiając. Udaje mi się porozmawiać z Boazem. Rozmawiamy o projekcie, planach na przyszłość. Jest naprawdę miłym człowiekiem i świetnie się z nim rozmawia!!!

Niedziela
Dzisiaj jedziemy do Tel Avivu. Mamy spotkanie z Tadeuszem. Niestety jego wykład, czy też wypowiedź jest naprawdę nieciekawa, zarówno dla nas jak i Izraelczyków. Do tego jesteśmy niewyspani, więc nudna wypowiedź działa na nas usypiająco. Poza tym widać, że nie jest za dobrze przygotowany, albo mówiąc dosadniej nie przygotował się wcale. Następnie po krótkiej przerwie do akcji wkracza Elana. Przeprowadza ciekawą zabawę, w którą wszyscy się angażujemy, a potem uczymy się o zachowaniach na podstawie historii jednego z indiańskich plemion. Elana prowadzi seminarium bardzo ciekawie, czas mija szybko, i żałujemy, kiedy nasz wspólny czas się kończy.
Po seminarium mamy czas na zwiedzanie – Tel Aviv Yafo, po którym oprowadza nas Guy. Zwiedzanie kończymy wspólnie w bardzo ciekawej restauracji, gdzie zjadamy kolację.
Ta niedziela różni się od tych, które normalnie spędzam w Polsce, czy też nawet na różnych wyjazdach. Mam trochę dziwne uczucie, że coś jest nie tak, ale uświadamiam sobie, że najważniejsza jest społeczność jaką mam z Bogiem osobiście. Powoli znika wrażenie niepełnej niedzieli…

Poniedziałek
Idziemy do kibucu!!! Niestety nie widzimy, jak wygląda prawdziwe, „kibucowe” życie. Zwiedzamy muzeum Powstania w Getcie Warszawskim. Pani przewodnik bardzo ciekawie opowiada i angażuje nas w różne zajęcia, które prowadzi. Zastanawiamy się co nas cechuje jako Polaków, Izraelczyków, co jest dla nas ważne. Mówimy o wierze, religii, patriotyzmie, naszym własnym obrazie kraju, z którego pochodzimy. Muzeum jest bardzo ciekawe, zrobione tak nieskazitelnie i nowocześnie. Wchodzimy także do muzeum przeznaczonego dla dzieci. Ja osobiście swoich bym tam nie posłała… nie w wieku 10, 11 lat.
Po powrocie z kibucu mamy czas wolny, który postanawiamy spędzić na plaży. Wieczorem mamy pożegnalnego grilla, spędzamy czas mówiąc o tym co nam się podobało w programie, co chcielibyśmy zmienić. Trzeba powiedzieć, że ocena programu jest bardzo dobra. Każdy z nas jest zadowolony z tego, że brał w nim udział. Jednak impreza kończy się w miarę szybko – powoli Izraelska grupa rozjeżdża się do domów, a my wraz z Yafą i Francuzkami idziemy na plażę…. Czujemy, że to już koniec, a było tak fajnie… Jutro czeka nas wolny dzień – zwiedzimy z Yafą Akko, kupimy jakieś pamiątki dla naszych rodzin i znajomych.
Audycje radiowe
Audycje "Drzewa Oliwnego"
w RadioChrzescijanin.pl
w piątki o 15:45
i w poniedziałki o 17:00
radio
Zobacz na YouTube
Oglądaj nasze filmy na kanale YouTubeyoutube icon
Kontakt
05-402 Otwock 4
kom. 506 198 073
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.logo